Wydruk pochodzi ze strony: http://www.janusz-zemke.pl/aktualnosci/_news/1/0/550/rewolucja_napieralskiego_.html
Ryszard Kalisz i Anna Bańkowska zostaną zesłani do Senatu. Wacław Martyniuk może w ogóle pożegnać się z Wiejską.
Grzegorz Napieralski zaraz po wakacjach parlamentarnych szykuje odmłodzenie Sojuszu. Na listy do Sejmu zamierza wprowadzić 60 młodych samorządowców. Mają to być jego zaufani ludzie.
Wśród nich będą szeregowi działacze, którzy zasłużyli się podczas kampanii prezydenckiej i oczywiście podczas wyborów samorządowych uzyskają mandat radnego. Tym sposobem za rok mają dostać wysokie miejsce na listach do parlamentu. -To będą młodzi ludzie, którzy sprawdzili się na niższych szczeblach partyjnych, a nie mieli szansy na to, by rozwinąć się w polityce krajowej, bo starsi działacze blokowali im miejsce - mówi ważny polityk SLD.
I przekonuje, że Grzegorz Napieralski chce w ten sposób dokonać faktycznego odmłodzenia lewicy. Na nowych ludziach ma zbudować swoje otoczenie. Co oczywiście skutkuje tym, że część obecnych, zasłużonych posłów nie dostanie szansy na reelekcję. Janusz Zemke, europoseł SLD, uważa za pewne, że część z obecnych posłów nie znajdzie się na listach wyborczych do Sejmu. - Wiem o przynajmniej kilku osobach, które nie będą kandydowały. Starsi posłowie albo w ogóle zrezygnują z polityki, albo zostaną wpisani na listy do Senatu - mówi „Polsce" Zemke, który nie chce zdradzić żadnych nazwisk.
Ale udało nam się ustalić, że wśród nich mają się znaleźć Wacław Martyniuk, Bogusław Wontor, Anna Bańkowska i Ryszard Kalisz. W najgorszej sytuacji może się znaleźć Martyniuk, bo jak twierdzą posłowie Sojuszu, nie zostanie przez przewodniczącego wpisany na żadne listy. Zaś Ryszard Kalisz, Anna Bańkowska i Bogusław Wontor w zamyśle szefa SLD mają startować do Senatu.
Janusz Zemke mówi, że taka kolej rzeczy go nie dziwi. Bo jego zdaniem politycy, którzy są w Sejmie kolejną kadencję, powinni ustąpić miejsce młodym i odejść do drugiej izby, w której praca nie wymaga tak wielkiego zaangażowania jak praca posła. Jak ktoś już ma 60 lat, to powinien się zająć jakąś spokojniejszą działalnością. Ja na przykład zdecydowałem się na europarlament - mówi Zemke.
Ale nie wszyscy politycy Sojuszu postrzegają strategię odmłodzenia lewicy jako naturalną kolej rzeczy. Bo część polityków SLD zapewne słusznie uważa, że wysyłając na zsyłkę do Senatu starszyznę lewicy, Grzegorz Napieralski dokonuje opóźnionych, powyborczych rozliczeń w partii. Polityk z bliskiego otoczenia przewodniczącego tłumaczy, że szef Sojuszu chce pozbyć się z Sejmu ludzi, którzy są mało aktywni, nie chcą brać udziału w jego przedsięwzięciach.
Stąd między innymi krytyka przewodniczącego względem Ryszarda Kalisza i jego aktywności w komisji ds. wyjaśnienia śmierci Barbary Blidy. Ale czy pozbywanie się kolejnych znanych twarzy lewicy w momencie, kiedy i tak jest ich w Sojuszu mało po tym, jak w katastrofie pod Smoleńskiem zginęła czołówka lewicy, ma sens? I jak będzie wyglądało po następnych wyborach nowe SLD?
Mimo że młodzi samorządowcy mają dostać same wysokie miejsca na listach, Marek Wikiński uspokaja, że wielkich rewolucji nie będzie. - Startując w wyborach w 2001 r., byłem na liście na siódmym miejscu i dostałem się do Sejmu. W dodatku miałem lepszy wynik od Tomasza Nałęcza, który wtedy miał na liście jedynkę mówi Wikiński. I dodaje, że to wyborcy decydują o tym, czy chcą młodych gniewnych, czy starych doświadczonych. - Liczę na to, iż oprócz złotej sześćdziesiątki na listach, pojawi się też piękna trzydziestka - mówi „Polsce" Wikiński, tym samym zauważając przy okazji, że w SLD jest bardzo mało kobiet.
Skąd pomysł złotej sześćdziesiątki? Grzegorz Napieralski korzysta z koncepcji swoich poprzedników, a dokładniej Aleksandra Kwaśniewskiego, który, współtworząc Socjaldemokrację Rzeczypospolitej Polskiej, zgromadził wokół siebie kilkudziesięciu młodych ludzi. I śladami byłego prezydenta szef Sojuszu chce budować nowoczesną lewicę. Tak, by zgromadzić wokół siebie lojalnych działaczy, którzy będą mówili zgodnie z linią partii, w przeciwieństwie do ikon SLD, ciągle dopuszczających się krytyki szefa.
Najwyraźniej lider Sojuszu Lewicy naśladuje nie tylko byłego prezydenta, lecz także czołowych polityków innych ugrupowań i z SLD zamierza zrobić partię wodzowską.
Janik: Odmłodzenie SLD to teraz pilna konieczność
Z Krzysztofem Janikiem, byłym przewodniczącym SLD, rozmawia Joanna Miziołek Grzegorz Napieralski chce odmłodzić lewicę. Jeden z liderów już tego próbował i stracił stołek przewodniczącego.
Napieralski też się narazi?
Szef Sojuszu wie, że odmłodzenie lewicy jest teraz potrzebne. Zresztą ja też tak uważam. Bo w SLD wciąż jest stare pokolenie, które od 1989 r. budowało lewicę. Ci ludzie mają po 70, 60 lat i powinni się już pochować.
I Pan to mówi?
(śmiech) Ja też kiedyś próbowałem odmłodzić SLD. Tylko że się nie udało. Wprowadzanie młodych ludzi do Sojuszu to był mój pomysł. Trzeba pomagać młodym pokonywać bariery, które napotykają na samym starcie w swoje karierze politycznej.
Ale nie chce mi Pan chyba powiedzieć, że doradzał Pan Grzegorzowi Napieralskiemu, by zastąpił starych działaczy młodymi?
Nie, nie doradzałem. Nawet z nim o tym nie rozmawiałem.
Pana zdaniem to w porządku, że doświadczeni politycy tacy jak Ryszard Kalisz czy Anna Bańkowska mogą stracić miejsce na listach do parlamentu krajowego na rzecz młodych samorządowców, którzy mają zupełnie nieznane dla szerszej publiczności nazwiska? W Sojuszu i tak szczególnie po katastrofie brakuje znanych twarzy.
Nie będę spekulował na temat personaliów, bo nie wiem, kto znajdzie się na listach do parlamentu, a kto nie. Ryszard Kalisz jest wytrawnym, doświadczonym politykiem i na pewno będzie zajmował jakieś miejsce w polityce. Bo w SLD wciąż są ludzie z wysokimi kompetencjami, których nie da się łatwo zastąpić.
Tylko że najpewniej nie znajdzie się w parlamencie z ramienia SLD. Czy odmładzanie partii na siłę poprzez łapankę 20-, 30-latków ma sens? W Sojuszu nastał czas dla młodych gniewnych?
Pozyskiwanie młodych ludzi zawsze ma sens, pod warunkiem że Ci ludzie będą coś wiedzieli o państwie. Muszą mieć szeroką wiedzę na temat naszego kraju.
Ja na miejscu przewodniczącego przed wpisaniem ich na listy urządziłbym im egzamin.
Sprawdziłbym na przykład, czy umieją czytać konstytucję ze zrozumieniem, czy znają historię, czy wiedzą, jak powinna wyglądać praca w parlamencie. Przeprowadziłbym dla nich kurs.
I to wystarczy, by zastąpili czołowych polityków Sojuszu?
Wiara w to, że tylko 20-latki będą rządzić Polską, jest szlachetna, ale naiwna. Przecież, aby zostali wpisani na listy do parlamentu krajowego, najpierw muszą wygrać wybory samorządowe. Jeśli zostaną już radnymi, to za rok droga otwarta do tego, by startować do Sejmu. A to i tak wyborcy zdecydują o tym, kto ostatecznie się tam dostanie.
(W „Polska The Times“, 26 sierpnia 2010 r., Joanna Miziołek)