Wydruk pochodzi ze strony: http://www.janusz-zemke.pl/_goraco/_news/15/1/704/bronie_polskich_zolnierzy.html
J. Motlagh, korespondent „The Time” w afgańskiej prowincji Ghazni, w grudniowym artykule skrytykował poczynania polskich żołnierzy na tamtejszej misji. Co prawda, amerykański generał dyw. John F. Campbell przeprosił listownie szefa MON B. Klicha za wypowiedzi oficerów w „The Time”, ale sprawa pozostała i jest komentowana.
Ja myślę, że ta publikacja nie odzwierciedla prawdy do końca. Amerykanie chcieliby, żeby inne kontyngenty, (a jest ich aż 47 z państw NATO, a także żołnierze z wielu państw spoza NATO) tak samo aktywnie uczestniczyły w działaniach bojowych jak Amerykanie. Polacy – moim zdaniem słusznie – są, jeśli chodzi o działania bojowe, bardziej wstrzemięźliwi, bardziej wyważeni, biorą w nich udział wyłącznie wtedy, kiedy to jest absolutnie konieczne. Natomiast uwagi amerykańskie są o tyle niesłuszne, że nie da się porównać polskiego wojska i wojska Stanów Zjednoczonych. Wojsko Stanów Zjednoczonych było dosłownie przez dziesięciolecia przygotowywane do misji o charakterze ekspedycyjnym, czyli do działań daleko poza terytorium własnego kraju, natomiast wojsko polskie przygotowywane było do działań przede wszystkim na kontynencie europejskim. I my najnormalniej w świecie nie mamy ani dla przykładu rozwiniętego transportu na takie duże odległości, ani własnego zwiadu satelitarnego i dziesiątków rzeczy.
Więc to są takie troszeczkę pretensje na zasadzie, że my robimy tyle, to wy powinniście robić to samo.
Mamy dobrych żołnierzy! Ja będę zawsze bronił polskich żołnierzy na misjach. W misjach, a o tym mało kto wie, że zaczęły się w 1953 r., wzięło udział w sumie 95 tys. żołnierzy polskich, w tym bardzo wielu żołnierzy z województwa kujawsko-pomorskiego.
Moim zdaniem, udział Polski jest udziałem dużym. Warto przypomnieć, że polscy żołnierze uczestniczą w działaniach w Afganistanie od 9 lat, bo to już tyle czasu minęło, wykonują tam swoje zadania bardzo dobrze. I czas wracać. I trzeba mówić głośno o tym, że ta misja powinna się kończyć, domagać się określenia kalendarza zakończenia misji, bo wiecznie tam nie możemy tkwić.
W tej chwili mamy tam ósmą zmianę, za chwilę będziemy mieć dziesiątą… Efektów natomiast zbyt dużych nie ma. Trzeba Afgańczykom przekazywać odpowiedzialność za bezpieczeństwo, to jest ich kraj, a inni mogą pomagać, szkoląc, dostarczając sprzęt, ale nie brać na siebie głównego ciężaru walki.
Teraz można się zastanawiać, czy nie wzięliśmy na barki armii za wielką odpowiedzialność przejmując 2 lata temu prowincję Ghazni?
Ja uważam dzisiaj, że to była jednak decyzja na wyrost. Jest to jedna z 34 prowincji w Afganistanie, ale prowincja bardzo ciężka, wielkości jednego średniego polskiego województwa i nie da się tam bezpieczeństwa zapewnić, mając do dyspozycji 2600 żołnierzy. Więc okazuje się, że było to zadanie jak na nasze polskie możliwości za ambitne.
Poza tym, jakiś wpływ na zachowanie polskich żołnierzy ma sprawa Nangar Khel. Doszło tam oczywiście do nieszczęścia, ale pamiętajmy, że niestety w każdej wojnie, a mamy w Afganistanie do czynienia z wojną, giną także przypadkowi ludzie. Moim zdaniem, postawiono dosyć pochopnie bardzo ciężkie zarzuty. Ja nie godzę się nigdy z tym, co się dzisiaj dzieje, że te zarzuty stawia się dowódcom i żołnierzom. Nawet gdyby doszło do przekroczenia prawa, to w przypadku wojska odpowiadać powinni dowódcy, a nie żołnierze, dlatego że istota działania wojska polega na tym, że trzeba wykonywać rozkaz. Gdyby tak sobie każdy żołnierz medytował, czy ma go wykonać, czy nie, i jak go ma wykonać, to wojsko jako instytucja potrzebna nie jest.
Więc – moim zdaniem – te zarzuty idą bardzo daleko, obejmują bardzo duży krąg osób i to jakimś cieniem się kładzie. Żołnierze siedzą w Afganistanie w bazach, oglądają polską telewizję, bo ją mają, słuchają także naszego radia i jeżeli widzą, jaki los spotkał ich kolegów, to oczywiście wolą być bardziej wstrzemięźliwi.
Mnie niepokoi też kosztowność misji afgańskiej, wszystkie wydatki państw w niej uczestniczących są 20 razy większe od rocznego dochodu Afganistanu. Widać, jaka jest mała efektywność wydatkowanych tam pieniędzy.
Janusz Zemke, Warszawa, w grudniu 2010 r.